Na wstępie zaznaczę, że trauma którą dzisiaj opisuje, nie jest
zjawiskiem bardzo szkodliwym i utrudniającym życie. Daje o sobie znać od czasu
do czasu, najczęściej w snach, czasami przy nieśmiałym spojrzeniu na podręcznik
maturalny siostry. Jednak jest i coraz bardziej mnie zadziwia. A wytworzona
została podczas lekcji matematyki co za pewne nie będzie wielkim zdziwieniem.
W szkole średniej uczęszczałam do technikum o profilu
informatycznym. Trzy dziewczyny, dwudziestu ośmiu chłopa, fajnie było. Lecz w
programie nauczania z racji kierunku, na którym wszyscy się edukowaliśmy
znajdowała się także zastraszająco duża liczba godzin z matematyki. Nie lubiłam
tego przedmiotu od zawsze i na zawsze. Kiedy jednak przez trzy lata udawało mi
się zdawać, a czasem nawet mieć „tróje” na półrocze, przyszedł czas na klasę
maturalną. I wtedy się zaczęło. Oprócz normalnych lekcji zajęcia fakultatywne,
na których to godzinami rozwiązywaliśmy zadania godne królowej nauk. Dodatkowo
miliony podpunktów pracy domowej, tysiące zadań maturalnych zadawanych w
przerwy świąteczne/ferie/weekendy i obecna na prawie każdej lekcji ODPYTKA.
ODPYTKA, wg mojej definicji, jest to metoda stresogenna,
wywołująca panikę, popłoch, wielką ciszę, tłumne chowanie wzroku w zeszyty i
skrzywienia kręgosłupa na skutek niebezpiecznie pochylonej pozycji. Do końca
życia nie zapomnę, jak wielkim lękiem przypłacałam lekcje, na których nie
miałam „enki”, czyli nieprzygotowania. A było ich tylko dwie na semestr, więc
gospodarowanie nimi wymagało niezwykłych umiejętności kombinatorskich.
| Źródło: matematykatv.pl |
Dlaczego lekcje matematyki nazywam traumą? A to dlatego, że
od czasu, kiedy ukończyłam szkołę średnią minęło kilka lat a senne wspomnienia
powracają. Średnio raz na miesiąc, może dwa śni mi się moja lekcja matematyki.
Oczywiście taka, na którą trafiam z przypadku, zdziwiona i przerażona, bo
przecież studiuje magisterkę z całkiem innej dziedziny i nie mam już pojęcia
jak napisałam swoją maturę(swoją drogą całkiem nieźle jak na mnie). Zawsze występuje ta sama scena. Wchodzę do
klasy, wszyscy już siedzą, nauczyciel otwiera dziennik i sprawdza listę. Siadam
spóźniona, ktoś szepce mi, że będzie pytał. Wyciągam notatnik, mam w nim pełno
namazanych zdać z położnictwa. Ani śladu cyfry, może oprócz daty. Słyszę, że
dziś geometria. O Boże, jak ja nienawidziłam geometrii! Kolega krzyczy, że już
nie mam „enek”, wszyscy nagle milknął, słychać tylko pocieranie długopisu o
kartkę papieru. Jest losowanie. Chowam wzrok w zeszyt, przyginam kręgosłup i
siedzę cichutko w mojej panice. Z letargu wyrywa mnie serdeczne:
„To może pani Monika?”.
Budzę się. Ciesze się, że w swoim łóżku, nie w szkolnej
ławce.
Mona.
Mój nauczyciel od chemii miał inną metodę: z kartonu zbudował lottomat i wrzucił do niego kilkadziesiąt ponumerowanych kuleczek ping-pongowych.Pierwsze losowanie wybierało "kata", który musiał wylosowac do odpwoiedzi kogoś ze swoich kolegów....
OdpowiedzUsuńTo dopiero trauma! ;)
Agata O.
Mona, podziwiam Cię że masz tyle zainteresowań i pasji i czasu by to wszystko realizować :))) Pamiętasz o swoich czytelnikach <3 A co dostałaś na Mikołaja :)))
OdpowiedzUsuńIwonka