piątek, 6 grudnia 2013

Jak wytworzyć traumę, czyli moje lekcje matematyki.

Na wstępie zaznaczę, że trauma którą dzisiaj opisuje, nie jest zjawiskiem bardzo szkodliwym i utrudniającym życie. Daje o sobie znać od czasu do czasu, najczęściej w snach, czasami przy nieśmiałym spojrzeniu na podręcznik maturalny siostry. Jednak jest i coraz bardziej mnie zadziwia. A wytworzona została podczas lekcji matematyki co za pewne nie będzie wielkim zdziwieniem.

W szkole średniej uczęszczałam do technikum o profilu informatycznym. Trzy dziewczyny, dwudziestu ośmiu chłopa, fajnie było. Lecz w programie nauczania z racji kierunku, na którym wszyscy się edukowaliśmy znajdowała się także zastraszająco duża liczba godzin z matematyki. Nie lubiłam tego przedmiotu od zawsze i na zawsze. Kiedy jednak przez trzy lata udawało mi się zdawać, a czasem nawet mieć „tróje” na półrocze, przyszedł czas na klasę maturalną. I wtedy się zaczęło. Oprócz normalnych lekcji zajęcia fakultatywne, na których to godzinami rozwiązywaliśmy zadania godne królowej nauk. Dodatkowo miliony podpunktów pracy domowej, tysiące zadań maturalnych zadawanych w przerwy świąteczne/ferie/weekendy i obecna na prawie każdej lekcji ODPYTKA. 

ODPYTKA, wg mojej definicji, jest to metoda stresogenna, wywołująca panikę, popłoch, wielką ciszę, tłumne chowanie wzroku w zeszyty i skrzywienia kręgosłupa na skutek niebezpiecznie pochylonej pozycji. Do końca życia nie zapomnę, jak wielkim lękiem przypłacałam lekcje, na których nie miałam „enki”, czyli nieprzygotowania. A było ich tylko dwie na semestr, więc gospodarowanie nimi wymagało niezwykłych umiejętności kombinatorskich. 

Źródło: matematykatv.pl
Dlaczego lekcje matematyki nazywam traumą? A to dlatego, że od czasu, kiedy ukończyłam szkołę średnią minęło kilka lat a senne wspomnienia powracają. Średnio raz na miesiąc, może dwa śni mi się moja lekcja matematyki. Oczywiście taka, na którą trafiam z przypadku, zdziwiona i przerażona, bo przecież studiuje magisterkę z całkiem innej dziedziny i nie mam już pojęcia jak napisałam swoją maturę(swoją drogą całkiem nieźle jak na mnie).  Zawsze występuje ta sama scena. Wchodzę do klasy, wszyscy już siedzą, nauczyciel otwiera dziennik i sprawdza listę. Siadam spóźniona, ktoś szepce mi, że będzie pytał. Wyciągam notatnik, mam w nim pełno namazanych zdać z położnictwa. Ani śladu cyfry, może oprócz daty. Słyszę, że dziś geometria. O Boże, jak ja nienawidziłam geometrii! Kolega krzyczy, że już nie mam „enek”, wszyscy nagle milknął, słychać tylko pocieranie długopisu o kartkę papieru. Jest losowanie. Chowam wzrok w zeszyt, przyginam kręgosłup i siedzę cichutko w mojej panice. Z letargu wyrywa mnie serdeczne: 

„To może pani Monika?”.

Budzę się. Ciesze się, że w swoim łóżku, nie w szkolnej ławce. 

Mona. 

2 komentarze:

  1. Mój nauczyciel od chemii miał inną metodę: z kartonu zbudował lottomat i wrzucił do niego kilkadziesiąt ponumerowanych kuleczek ping-pongowych.Pierwsze losowanie wybierało "kata", który musiał wylosowac do odpwoiedzi kogoś ze swoich kolegów....
    To dopiero trauma! ;)
    Agata O.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mona, podziwiam Cię że masz tyle zainteresowań i pasji i czasu by to wszystko realizować :))) Pamiętasz o swoich czytelnikach <3 A co dostałaś na Mikołaja :)))
    Iwonka

    OdpowiedzUsuń