Oczywiście przepisowego czasu gry. Bo w międzyczasie jest przerwa, a to ktoś się przewróci, a to ktoś kogoś kopnie i na koniec okazuje się, że cała procedura zostaje przedłużona. Sport jak sport. Wymaga umiejętności, strategicznego myślenia i całkiem zadowalającej sprawności fizycznej. W chwili, kiedy całą rozgrywkę ogląda się na żywo muszę szczerze powiedzieć, że jest to nawet interesujące i wciągające. Jednak to, że jeszcze nie wyrzuciłam telewizora/laptopa/smartfona przed okno ma na pewno związek z korzeniami zapuszczonymi w dzieciństwie. Tak, byłam z tych dziewczynek, które owszem, miały lalki ale sięgały po nie dużo rzadziej niż po piłkę. Uwielbiałam przychodzić brudna, posiniaczona do domu i chwalić się mamie ile to dziś stuprocentowych bramek nie wpuściłam. Chłopcy mnie uczyli a ja chłonęłam jak pilna uczennica wszystko co do mnie mówili. To były czasy... Im większa powierzchnia ciała i ubrań pokryta była piachem, błotem i wszystkim co mogło się przyczepić, tym większym wyznacznikiem ofiarności charakteryzował się dany zawodnik. Lubiłam ten czas. Wtedy to dawało mi szczęście.
![]() |
| Ja w chwilach załamania |
Lecz dzisiaj nie o tym. O ile sentyment mi pozostał to na chwilę obecną jestem zirytowana faktem, że co dwa dni (jak nie codziennie) jest jakiś mecz. Ktoś chyba chciał dać prztyczek takim jak ja tworząc Ligę Mistrzów, Puchar UEFA, Mistrzostwa Europy, Mistrzostwa Świata czy wszelkie inne rozgrywki ligowe. Ok, mistrzostwa to wielkie imprezy, organizowane są co jakiś czas i wtedy (z trudem) jestem w stanie zrozumieć wielogodzinne ślęczenie nad telewizorem, wlewanie w siebie hektolitrów piwa i zagryzanie tego chipsami, frytkami i orzeszkami ziemnymi. Ale środowe i czwartkowe wieczory staną się chyba niedługo tradycją przed którą aż drżę, bo mam wizję przekazywania jej przez wiele pokoleń. Nie chce tu nic ujmować Bundeslidze, która zadomowiła się w naszym pokoju na dobre i chyba prędko jej nie wykurzę. Odnośnie piłkarskich seansów schemat jest zawsze ten sam: jest mecz o którym wiadomo z pewnym wyprzedzeniem, następnie w dniu meczu jestem informowana, że on dzisiaj jest i to jest bardzo ważny mecz i koniecznie trzeba go obejrzeć, po czym przegrywam z atrakcyjną Borussią Dortmund i zostaje pozostawiona sama sobie. Ok, czasami wychodzę, mam czas dla siebie bo w tym momencie facetowi do szczęścia potrzebna jest tylko pucha i telewizor. Natomiast co takiego wisi w powietrzu, że zawsze, kiedy chcę gdzieś wyjść, wyciągnąć Samca na tortury (czytaj:zakupy) albo wymyślę niezwykle ciekawy, interaktywny sposób spędzania wolnego czasu to ZAWSZE JEST MECZ?! Zawsze! Podaję kilka sytuacji z ostatniego czasu.
SYTUACJA PIERWSZA
SYTUACJA DRUGA
SYTUACJA TRZECIA
SYTUACJA CZWARTA
Mam urodziny, znów jestem w domu, zaprosiłam ukochanych dziadków. Mężczyzna przyjeżdża, wita się i znika w salonie. Sprzątam, przygotowuje wszystko i mówię mu, że mam urodziny, może by się trochę zainteresował, pogadał, pomógł mi w kuchni.
-„ Dobrze kochanie, zaraz pomogę tylko się druga połowa skończy bo pierwszą obejrzałem w domu”.
Tym akcentem chyba zakończę mój wywód nietolerancyjnej, czepliwej i wrednej kobiety. Na swoją obronę chciałabym powiedzieć, że nie mam ABSOLUTNIE ŻADNEJ siły przebicia bo koniec końców, fan Borussii zawsze triumfuje a ja nie mając wyjścia, po cichu się z tym godzę.
Na jego obronę chciałabym powiedzieć, że bluzkę z kotem kupiłam a urodziny świętowaliśmy w pełnej zgodzie, z wyłączonym telewizorem ;-)
Czy któraś z Was też tak ma?
Piszcie :)
Mona.





Mam i ja I po 7 latach zwiazku z wiernym football maniakiem musialam sie pogodzic z faktem ze zadna sila perswazji nie jest w stanie oderwac mego meza od zielonego ekranu telewizora...
OdpowiedzUsuńnie ma co fanatyka od TV odrywać, lepiej się zająć w czasie meczu swoim hobby :)
OdpowiedzUsuńJest to jakaś metoda na przetrwanie tych ciężkich chwil ;-)
Usuń