środa, 1 maja 2013

Jeść razy... dziesięć!

Daje się Wam poznać jako łasuch. I bardzo dobrze, bo każdy kto mnie dobrze zna wie, że uwielbiam jedzenie. Kłóci się to trochę z moimi noworocznymi postanowieniami ale ochota jest silniejsza. A ja nie potrafię odmawiać sobie zbyt wielu przekąsek, nie wpływa to dobrze na moje samopoczucie. Nie trudno się domyślić, że wyjazd do kraju, gdzie wszelka żywność jest bardzo łatwo dostępna, wzmógł mój apetyt o jakieś sto pięćdziesiąt procent. Popuściłam hamulce i zaszalałam. I wcale nie żałuje – od czego mamy ćwiczenia? :-)

Wspominałam Wam wczoraj o obiedzie składającym się z czekoladowych ciastek i butelki mleka.  Było cudownie zajadać się nimi, jeden po drugim, dopóki przez przypadek nie spojrzałam na tabelę wartości odżywczych. Widniał tam napis przerażenia: cztery gramy tłuszczu w JEDNYM słodkim krążku. Pochłonęłam ich chyba osiem... Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji ruszyłam z miejsca oszukując się, że to właśnie ten spacer jest jedyny w swoim rodzaju i pozwoli mi na spalenie chociaż połowy przyjętych kalorii. 

Zauważyłam, że w takich sytuacjach działam mechanizmem wyparcia. Nie przyjmuje do siebie tego, co właśnie zrobiłam(czytaj: napchałam się słodyczami)i udaje, że nic się nie stało, wszystko się jakoś rozłoży a waga nie drgnie do przodu nawet pół grama. Chyba muszę nad sobą popracować. 

Słodycze
Ich wybór jest naprawdę szeroki. W każdym sklepie mamy całe regały uginające się od słodyczy. To było moją wielką zgubą ale nauczona doświadczeniem postępowałam ostrożniej i nie wkładałam do koszyka wszystkiego, co miało czekoladę czy ładne opakowanie. To co rzuciło mi się w oczy, to ogromna różnorodność ciasteczek, jogurtów, deserów czy żelek. W ramach rehabilitacji do Polski zabrałam bardzo skromną wałówkę.


Chipsy
Są takie same jak u nas. Tylko inaczej się nazywają i mają większą gamę smaków. I co najfajniejsze, są pakowane razem, po dziesięć, dwanaście mniejszych paczek w jednej dużej. Są bardzo dobre. Ja Jestem zakochana w chipsach octowych od czasu, kiedy spróbowałam je po raz pierwszy będąc na wakacjach w Anglii, kilka lat temu. Doładowałam się odpowiednią dawką na miejscu i przywiozłam ich  trochę do domu. Nie mogłam się powstrzymać ;-)


Obiady
Lepszym określeniem byłaby chyba obiadokolacja. Anglicy jedzą późno, około siedemnastej, osiemnastej. W porównaniu z naszymi daniami, które serwowane są czasami już po godzinie dwunastej jest to dużo różnica. W niedzielę zazwyczaj spożywa się jakiś rodzaj mięsa – wieprzowinę, baraninę czy tradycyjnego kurczaka. Ja zamówiłam ten ostatni rodzaj i dostałam porcję, której nie powstydziłby się nawet kulturysta ;-) Do tego pieczone, słodkie ziemniaki, warzywa i kawałek wypieku, który tradycyjnie dodaje się do obiadów. Całość była bardzo dobra, lecz nawet ja nie podołałam i musiałam zostawić część dania na talerzu.


Jeśli chodzi o dokonania mojego podniebienia to już chyba wszystko, bo musiałabym pisać tylko o tym, ile słodyczy pochłaniałam :-) Sezon bikini tuż, tuż dlatego podczas majówki zaplanowałam imieninowego grilla i basta! Boki się same nie zgubią... ;-) 


Życzę Wam udanej majówki!

Mona.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz