Pierwszy punkt na wakacyjnej liście wyjazdów mogę odhaczyć.
Spędziłam dwa odprężające dni nad ulubionym jeziorem i jestem pozytywnie naładowana.
Do następnej wycieczki oczywiście :-). Pogoda dopisała, no może nie licząc
tego, że w sobotę znaleźliśmy się w epicentrum burzy, która łamała drzewa i
zrywała dachy. Na darmo można było szukać suchej nitki, nawet tej bieliźnianej.
Żałuje tylko, że nikt nie zrobił mi fotki.
Pierwszego dnia zrobiliśmy kilka zdjęć. Myślę, że czasami bardziej
miło jest oglądać niż czytać, dlatego też poniżej kilka pamiątkowych obrazków.
W sobotę przed południem, kiedy dopiero rozgrzewałam aparat
na wyświetlaczu ukazał mi się radosny komunikat: "Wymień
baterię". Oczywiście ładowarki nie miałam a świetnych ujęć miliony,
dlatego też plułam sobie w brodę i żałowałam tych wszystkich zdjęć, które
powstały tylko w mojej głowie. W góry zabiorę zapas akumulatorków.
Na zdjęciach wyglądam, jakbym pracowała w młynie ale przez
dwa dni upałów nadrobiłam i do domu wróciłam jako raczek lub pralinka, zależnie
od miejsca. Najadłam się grillowanych
kiełbasek, wypiłam trochę piwka i wyłączyłam stresory. Misja kompletna, czas
iść spać!
Mona.
Mona.
Ha ha! Bravo! Stresory pod poduchy :) bardzo pozytywne zdjecia, nawet narzeczony sie zalapal :) po usmiechach widac ze weekend nad jeziorem nalezy do udanych :) buziaki
OdpowiedzUsuńMF